Strona główna

.



Emigracja nie tylko pozbawiła mnie kredytu marzyciela, ale również zerwała łączność z najbardziej hot njusami oraz historiami rodem z Wiejskiej. Niby portale pokroju onetu były jakimś rozwiązaniem, ale chyba za bardzo lubię czytać, żeby satysfakcjonowały mnie kilkunastolinijkowe sprawozdania skopiowane żywcem z PAP. Pewną radość czerpałam tylko podczytywania jadowitych komentarzy wzburzonych sytuacją w kraju internatów, szczególnie tych z tendencją do nadużywania wyrazów „cyrk”, „złodziej”. Czytanie wyzwisk po polsku to dość swojska odmiana po wysłuchiwaniu całymi dniami mdłego „have a lovely day”. W każdym razie smutno się zdziwiłam, gdy po powrocie do domu dowiedziałam się, że Mirek Nahacz nie żyje. I prasa jakoś po cichu przyjęła tę wiadomość, jedynie w internetowych pamiętniczkach średniej wielkości literatów pojawiały się erudycyjne wspomnienia, czasem chyba szczerze współczujące, a czasem z zawiścią maluczkich.

By wyrazić się jasno: Nahacza nigdy nie czytałam, a to dlatego, że „84” ktoś uznał szybko za manifest pokolenia lat osiemdziesiątych, a ja w żadne manifesty od nowej fali nie wierzę. Tym bardziej, że śmieszy mnie poszukiwanie wspólnego mianownika wśród ludzi urodzonych w ciągu jednej dekady, gdy łączy ich naprawdę nic albo tylko chwile. Błogosławiący krytycy trochę przewrotnie go w moich oczach zdyskwalifikowali. A Stasiukowa protekcja kojarzyła mi się z osiedlową sztamą w wersji makro bo beskidzkiej. Więc zostawałam w klasyce.

No ale Mirek nie żyje.
A że jest mi biograficznie bliski, bo nadwrażliwy i z kompleksem ciszy, przejęłam się.
I najgorsze jest to, że nieświadomie albo świadomie użył najmocniejszego z środków public relations. I teraz czytelnicy powiastek narkomańskich wykupują na pniu jego książki i z wywieszonym językiem podkreślają ołówkiem co bardziej suicydalne zdania. W księdze gości piszą kondolencje i trzy znakowe świeczki. Zmitologizują jego śmierć i teraz to on już zdecydowanie Masłowską przebije, bo martwy, a my lubimy tragicznych umarłych. Samobójstwo jest smutnym wyborem, a my budujemy z niego pomnik trwalszy niż ze spiżu bo zbudowany na legendzie pętli. I czasem mam wrażenie, że wszyscy chcielibyśmy popełnić samobójstwo i zwiać z stąd na zawsze, a tych, których na to stać, w jakiś perwersyjny sposób czcimy. Ale zaraz sobie przypominam, że przecież po stu trupach obejrzanych w tvnie piątkowego wieczoru, nie o śmierć chodzi, tylko o rozgłos z pokroju tych ostatecznych. A Mirek wolał pomilczeć.


Wrzucone: 2007-08-13 20:53:46
skomentuj (3)