moja tożsamość to pojeb. umysl w anarchi. patriarchi.monarchi.
blog roku?

konkursy a masochizm


W sumie warto się spróbować. Lubię przegrywać, jest w tym jakaś masochistyczna przyjemność. Dawanie sobie nadziei, kiedy szanse marne, bywa dużo bardziej smaczne od pejczy.

Wrzucone: 2007-12-20 19:07:15
skomentuj (6)



.

Emigracja nie tylko pozbawiła mnie kredytu marzyciela, ale również zerwała łączność z najbardziej hot njusami oraz historiami rodem z Wiejskiej. Niby portale pokroju onetu były jakimś rozwiązaniem, ale chyba za bardzo lubię czytać, żeby satysfakcjonowały mnie kilkunastolinijkowe sprawozdania skopiowane żywcem z PAP. Pewną radość czerpałam tylko podczytywania jadowitych komentarzy wzburzonych sytuacją w kraju internatów, szczególnie tych z tendencją do nadużywania wyrazów „cyrk”, „złodziej”. Czytanie wyzwisk po polsku to dość swojska odmiana po wysłuchiwaniu całymi dniami mdłego „have a lovely day”. W każdym razie smutno się zdziwiłam, gdy po powrocie do domu dowiedziałam się, że Mirek Nahacz nie żyje. I prasa jakoś po cichu przyjęła tę wiadomość, jedynie w internetowych pamiętniczkach średniej wielkości literatów pojawiały się erudycyjne wspomnienia, czasem chyba szczerze współczujące, a czasem z zawiścią maluczkich.

By wyrazić się jasno: Nahacza nigdy nie czytałam, a to dlatego, że „84” ktoś uznał szybko za manifest pokolenia lat osiemdziesiątych, a ja w żadne manifesty od nowej fali nie wierzę. Tym bardziej, że śmieszy mnie poszukiwanie wspólnego mianownika wśród ludzi urodzonych w ciągu jednej dekady, gdy łączy ich naprawdę nic albo tylko chwile. Błogosławiący krytycy trochę przewrotnie go w moich oczach zdyskwalifikowali. A Stasiukowa protekcja kojarzyła mi się z osiedlową sztamą w wersji makro bo beskidzkiej. Więc zostawałam w klasyce.

No ale Mirek nie żyje.
A że jest mi biograficznie bliski, bo nadwrażliwy i z kompleksem ciszy, przejęłam się.
I najgorsze jest to, że nieświadomie albo świadomie użył najmocniejszego z środków public relations. I teraz czytelnicy powiastek narkomańskich wykupują na pniu jego książki i z wywieszonym językiem podkreślają ołówkiem co bardziej suicydalne zdania. W księdze gości piszą kondolencje i trzy znakowe świeczki. Zmitologizują jego śmierć i teraz to on już zdecydowanie Masłowską przebije, bo martwy, a my lubimy tragicznych umarłych. Samobójstwo jest smutnym wyborem, a my budujemy z niego pomnik trwalszy niż ze spiżu bo zbudowany na legendzie pętli. I czasem mam wrażenie, że wszyscy chcielibyśmy popełnić samobójstwo i zwiać z stąd na zawsze, a tych, których na to stać, w jakiś perwersyjny sposób czcimy. Ale zaraz sobie przypominam, że przecież po stu trupach obejrzanych w tvnie piątkowego wieczoru, nie o śmierć chodzi, tylko o rozgłos z pokroju tych ostatecznych. A Mirek wolał pomilczeć.


Wrzucone: 2007-08-13 20:53:46
skomentuj (3)



zapach peronów.

Nigdzie nie nauczysz się tak szybko życia, jak w pociągu. Czasem mam wrażenie, że z peronu na peron starzeję się o rok, że dotykam pointy i wiem dokładnie, o co tak na prawdę w moim życiu chodzi.
A chodzi o czysta radość stawania na palcach przy wrzucaniu walizki na brudną półkę, o przyjemą szorstkość tapicerki i usprawiedliwioną obserwację. Dwie godziny razem w jednym przedziale uprawniają do szybkich spojrzeń na współpasażerów, rejestrowania odruchów, czytania ich gazet, liczenia guzików. W myślach poprawiam kobiecie przy oknie kołnierzyk, podciągam rajstopy tej przy drzwiach.

Zapamiętuję szczegóły, które potem mi się śnią, albo oddaje je kartce. Nigdy chyba nie zapomnę księdza w filcowej czapce i brudnym kaftanie, wyglądał jak skurczony robotnik wracający prosto z budowy. Pierwszy raz w życiu widziałam tak tłuste, obwisłe policzki- uśmiechając się, kąciki ust nikły pod miękką skórą pokrytą śladami po ospie. Ale uśmiechał się prawie wcale, pogrożąny w lekturze pożółkłych kartek, wyglądających na dawno nieważne dokumenty. A ja, całą drogę obserwowałam jego dłonie. To były najgładsze dłonie jakie kiedykolwiek widziałam, w kolorze porcelany, z prześwitującymi ledwo nitkami żyły. Kojarzyły mi się z rękoma aktora, poruszającego zza kurtyny marionetką, takie zwinnopalce ze sterczącymi knykciami. A ksiądz, całkiem nieświadom, tanczył palcami na kartkach, rozwijał kanapkę przeciągłymi ruchami. Takie dłonie mogły trzymać hostię.
A gdy jechałam ostatnio na trasie Chełm-Warszawa, jak zwykle poszukiwałam przedziału dla palących. Gdy otworzyłam wreszcie drzwi, uderzył mnie w nozdrza plebejski zapach pasztetu i męskiego potu. Przywitał mnie uśmiechem chłopak, otwierający właśnie piwo. Miał białe zęby jak zwierzę, ale dwójka zdecydowanie była złamana. Oczy też miał nienaturalnie jasne, jasnobłękitne, w kolorze rozwodnionej akwareli. Usiadłam, a on, gestykulując brudnymi rękoma, zaczął mi opowiadać. Najpierw o 14-letnim bracie, który siedział koło niego ściskając w dłoniach ostatni numer “Filmu”. Jechał do Warszawy na Noc Filmów. Oglądać ile wlezie. Nałykać się efektów specjalnych. Chłopak kochał filmy, zaczął mi z dumą wyliczać, że ma 300 kaset, a dvd jeszcze więcej. Nawet na skroniach miał piegi i bardzo był podniecony wieczorem w Multikinie.
Potem i ja otworzyłam piwo, odpaliliśmy papierosy, a dym niósł rozmowę dalej.
“Bo ja na dachach robie, wiesz.”, mówił chłopak, tupiąc lewym lakierkiem-” Jadę do laski mojej do Warszawki, ona tam pracuje, ja nie muszę bo mam w zamościu trzy tysiaka na rękę. dobry fach to robienie dachów, lubię robotę. Ale wolę las, wiesz, ja mam las prywatny, moje własne 30 hektarów, zostało po dziadku. Każde drzewo znam. A ile ja tam spirytusu wypiłem!”- I śmiał się perlistym śmiechem, klepiąc się po brzuchu i mrużąc te swoje jasne oczy. Mówił o tym, jak straszył konduktorów glanami, jak wpadł przez dach do cudzej kuchni. Mówił dużo. Ja tylko potakiwałam i patrzyłam, jak zgniata kolejne puszki. Otworzyłam na chwilę torebkę, poszukując chusteczek albo pudru, wypadła mi książka, chyba “Lalka” bo czytałam wtedy w misji zaliczenia wszystkich lektur. A on nagle spochmurniał, zgasił uśmiech, wyprostował plecy. I mówi:
“Bo wiesz, ja uwielbiałem polski w zetce, książki lubię w ogóle. Jak romantyków omawialiśmy, to ja w siódmym niebie byłem. Się śmiali ze mnie, że pedał, ale “Pana Tadeusza” to uwielbiam, no piękna sprawa.”
I zaczyna recytować, jakiś opis przyrody, bez aktorskiego oddechu i sztucznej mimiki, mówi płynnie, linijka po linijce, wpatruje się ścianę gdzieś obok moich pleców, mówi i cedzi z przyjemnością słowa.
“A Mickiewicza to Ty znasz pewnie, nie? Na pewno znasz. ja lubię jego wiersze, serio. Pięknie pisał.
Bo, wiesz. Mi kiedyś dziewczyna umarła. I tak zaczęłem czytać, aż się książka rozpadła, a ja nauczyłem się na pamięć. “Do M.” znasz? Też umiem. Kurwa, to ja tak śmierdzę? Znów trzeba będzie Ance wmawiać, że jedno piwo piłem. Masz dezodorant?Ale nie, ty jakiś damski pewnie.”

I wysiadłam. Warszawa Wschodnia. Ale myślę o nim ciągle.


Wrzucone: 2007-07-30 01:27:00
skomentuj (0)



A kto powiadział, ze lubie?

Self-confidence spalila sie rozem moich policzkow szybciej, niz mi sie wydawalo. Zostal popiol niesmialosci- calkiem nie-angielski, niedostosowywalny do papieru cv i odglosu rozmow kwalfikacyjnych. Bo, choc bardzo bym chciala- nie jestem stad. Ja to potencjalna sprzataczka, pomywaczka. Ja to szkielet obleczony wiotka skora, idealna ofiara chciwych slowianki arabow. Zadna tam obywatelka UE.
Chyba jestem zbyt naiwna- uwierzylam w te ich wszystkie "thank you" i "excuse me", w te kulture osobista Angoli stawiajaca ich ponad chamstwem Polakow. Jestem tu za krotko by widziec we wszystkich kolorach,czuje jak kot, ktory jeszcze nie otworzyl oczu i odbiera swiat na zasadzie wrazenia- nie obiektywnej opinii. Wiec: rozesmiani londynczycy bawiacy sie w strugach deszczu w hyde parku- dziki, wrecz dzieciecy entuzjazm. Mezczyzna w metrze, wciskajacy mnie w siedzenie swoim wielkim spoconym cialem bo obdarzylam go usmiechem- panika.
Nie potrafie sobie wytlumaczyc, ze Anglia nie jest czarno-biala i przypomniec, ze to przeciez pragnienie roznorodnosci mnie tu przyciagnelo.

Wrzucone: 2007-06-26 20:15:47
skomentuj (5)




veni.
vidi.
vici.






2007
grudzień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień
marzec
2005
listopad
sierpień
czerwiec
maj
marzec
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
marzec
styczeń
2003
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec


street art
Banksy Master of
erosie.
twożywo!

O tak właśnie wyglądam.
fotka.pl

co to?
Stolica debilizmu.
zajączek
antynazi

inspiracje. ziom.
szorty
cbcore
baranek
bartekśliwa
Bo wiara jest jak dupa.

ludzie.
legendarna!
Kasia.
Mateusz
heartcore
himquelleien
czekolada
nigdywżyciu.

layout by me.



ggNumer:2321341